“The Art of Making Art” zaczyna podróż

“The Art of Making Art” zaczyna podróż

9 stycznia 2015

“The Art of Making Art” zaczyna podróż


fot. Asia Konieczna, Łukasz Łuszczek

Czy Akademia Sztuk Pięknych programuje na sukces? Czego brakuje dzisiejszym artystom? Jak podróże wpływają na twórczość? O to Natalia Jeziorem zapytała Roberta Latosia [www.entertheroom.pl]
Odkąd skończył 18 lat, utrzymuje się z malarstwa. Rzucił studia na ASP, żeby w Wenecji uczyć się od swoich mistrzów – Tycjana czy Giorgione. Jego sztuka pokazuje drogę, którą przeszedł jako człowiek i jako artysta. Z Krakowa, przez Wenecję, Hiszpanię, Anglię, aż po egzotyczny Singapur. Najnowszą wystawę Roberta Latosia, The Art of Making Art, odbyła się w Warszawskim Centrum Giełdowym.

Twoja biografia to gotowa historia na powieść. Podróże, tułaczka po świecie w pogoni za sztuką… Nie mogę nie zapytać, jak to wszystko się zaczęło?
Prozaicznie, od studiów i liceum plastycznego. Ale u podstaw wszystkiego znalazła się potrzeba piękna wokół. To zawsze pchało mnie ku dosyć nietypowym rzeczom. Dlatego naturalnie wsiąkłem do środowiska liceum plastycznego, a potem na ASP. A podróże zaczęły się, kiedy przestało mi to wystarczać, kiedy informacje czy wyzwania, które stawiała mi Akademia, przestały być wystarczające.

Przerwałeś studia i zdecydowałeś się na podróż śladami swoich mistrzów. Z czego żyłeś? Pytam, bo wiele osób to, że im nie wyszło uzasadnia brakiem środków, a ty jesteś przykładem, że żeby wyjechać, nie trzeba mieć milionów, że da się inaczej.
Sprzedaję swoje obrazy, odkąd skończyłem liceum. Oczywiście, początki były bardzo skromne, ale de facto od 18 roku życia utrzymuję się z prac malarskich. Kiedy zacząłem podróżować, doprowadziłem do mistrzostwa ograniczenie wszelkich potrzeb. Przez pierwsze lata podróży jedyne pieniądze wydawałem na wejściówki do muzeum i na jedzenie. Nie miałem przewidzianego budżetu ani na przemieszczanie się, ani na noclegi. W początkowym okresie podróżowałem stopem i spałem tak, jak tylko bardzo młody człowiek jest w stanie. W tym wieku można naprawdę dużo znieść.

Później przyszła twoja pierwsza wystawa. Powiedziałeś o niej, że było to pierwsze poważne zetknięcie z rzeczywistym światem poza murami szkół artystycznych, zderzenie, na które nie byłeś gotów. ASP nie przygotowuje artystów do takich sytuacji, nie programuje ich na sukces?
Nie, absolutnie nie. ASP to jest bardzo piękny, hermetyczny świat, gdzie ludzie rozmawiają tylko o sztuce, żyją nią. Wątek ekonomiczny się pomija. Oczywiście, wszyscy wiedzą, że ta strona życia istnieje, ale nie mówi się o niej, bo dla każdego to problematyczny temat. Tak jest w Polsce, bo z doświadczenia wiem, że w Anglii czy USA ten temat jest bardzo mocno eksploatowany.

Uważasz, że uczelnia powinna uczyć, jak się sprzedać?
Z doświadczenia wiem, że polskie uczelnie artystyczne są w stanie stworzyć więcej artystów, kosztem wielu młodych ludzi. Natomiast uczelnie zagraniczne stworzą mniej artystów, w moim pojęciu tego słowa, ale za to dadzą ludziom możliwość pracy na wielu różnych poziomach – czy w designie, czy rysunku.

Powiedziałeś, że polskie uczelnie tworzą mniej artystów w twoim pojęciu. Kim twoim zdaniem jest prawdziwy artysta?
Mam bardzo określoną, prywatną, definicję artysty. Wpisują się w nią artyści z przeszłości, dobrym przykładem jest Giacometti.

A współcześnie? Są tacy, którzy mieszczą się w twojej definicji?
Bardzo rzadko, prawie nigdy nie spotykam osób, które by mnie zachwycały. Nie odnajduję jakoś temperamentu, który mógłbym określić tym słowem.

To czego brakuje dzisiejszym artystom?
Nie chciałbym mówić, że czegoś im brakuje… Istotą pojęcia artysty jest ciągłe redefiniowanie go. Definicją artysty jest to, że powinien się wymykać definicji, nie wpisywać się w obowiązujące trendy. To musi być osoba, która przekonuje swoim językiem komunikacji.

A jak ty przekonałeś do siebie Sabianę Paoli, dyrektorkę galerii w Wenecji? Od niej wiele się zaczęło…
Kiedy poznałem Sabianę, pracowała dla międzynarodowej galerii, która miała również siedzibę w Wenecji. Ta przestrzeń po prostu mnie zainteresowała. Wszedłem, zobaczyłem po lewej stronie obrazy Chagalla, po prawej Picassa i poprosiłem o rozmowę z managerem. Sabiana podeszła do mnie, a ja wytłumaczyłem jej bardzo prostym angielskim, że podoba mi się to miejsce i poprosiłem, żeby wytłumaczyła mi, na jakiej zasadzie moglibyśmy rozmawiać o współpracy.

Bardzo odważnie!
Po prostu pierwszy raz trafiłem do miejsca, w którym chciałbym pokazać swoje prace. Chciałem usłyszeć, jakie są warunki, jak to działa. Nie mogłem się tego dowiedzieć w Polsce, bo tu nie było takich galerii. Chagalla czy Picassa znałem z albumów, a nie z miejsc, gdzie można kupić ich prace. Zawsze podróżowałem ze swoim portfolio, zaprezentowałem je Sabianie i to ją przekonało.

Tak po prostu?
Tak! Chociaż zanim zaczęliśmy współpracować na poważnie, utrzymywałem z Sabianą kontakt przez sześć lat. Dwa razy w roku wysyłałem jej niezobowiązująco kilka reprodukcji swoich nowych prac. Po pięciu latach od naszego spotkania, Sabiana Paoli kupiła kilka moich obrazów. Po ponad sześciu latach od spotkania, zorganizowaliśmy pierwszą wystawę.

Warszawska wystawa opisuje twoją drogę, jako człowieka i jako artysty. Mieszkałeś w wielu miejscach, w tym w Singapurze. Jak udało ci się zdobyć uznanie ludzi, którzy mają przecież zupełnie inną mentalność, preferują inną estetykę niż Europejczycy?
Udało mi się dotrzeć do nich tylko dzięki otwartości, brakowi jakichkolwiek założeń, kiedy tam przyjechałem. Bardzo szybko okazało się, że jest to tak odległa rzeczywistość, tak odległa kultura, że wszystko znaczy coś innego. W dialogu nie mieliśmy praktycznie żadnego oparcia. Musiałem po prostu szeroko otworzyć oczy i uszy, patrzeć i słuchać.

Jak pobyt w Singapurze wpłynął na twoją twórczość? Zetknięcie z tak inną kulturą nie może przejść bez echa…
Tamtejsze doświadczenia powoli zaczynają dochodzić do głosu. Chyba najważniejsze jest dla mnie to, że kiedy wyjechałem do Azji, po raz pierwszy poczułem się Europejczykiem. W Singapurze zrozumiałem, że sztuka europejska porozumiewa się wspólnym językiem, opartym na twórczości starych mistrzów. Pobyt w tamtej części świata przynosi też refleksję na temat uniwersalności języka sztuki. Okazuje się, że jednak jestem w stanie komunikować się z ludźmi, którzy nigdy nie widzieli olejnego obrazu, bo wychowali się na kaligrafii, na malarstwie tuszem. I nagle widzą obraz dwa na dwa metry, olej na płótnie i mówią: opowiedz mi o tym, nigdy czegoś takiego nie widziałem! Większość nie ma pojęcia o historii europejskiej sztuki. Nie istnieją dla nich uniwersalne dla nas odwołania, takie jak twórczość Tycjana czy Giorgione.

Ale mają w sobie otwartość, chcą się uczyć?
Spotykałem bardzo specyficzne osoby, które przychodziły do galerii, więc podejmowały już przez to decyzję konfrontacji. Ale dzięki kolekcjonerom udało mi się też trafić do osób, które nigdy nie zainteresowałyby się moim malarstwem. Szczególnie ciekawa była sytuacja, kiedy rozmawiałem z kolekcjonerem o namalowaniu portretu rodziny. Zaczął mi tłumaczyć, że może być problem, bo jego rodzice, Chińczycy z pochodzenia, są przesądni i malowanie portretu trąci troszkę skradaniem ich duszy.

Powiedziałam, że można by o twojej historii napisać książkę. Ale to, że ją znamy, jest zasługą tego, że jesteś świetnie wypromowany, zdecydowałeś się na współpracę z profesjonalistami w dziedzinie PR. Takie podejście jest rzadkie wśród rodzimych artystów, skąd taka decyzja?
Nie wiem, jak działają media, nie znam się na tym. Jeżeli przyszedłby do mnie ktoś, kto nie zna się na malarstwie, to ja mu bardzo chętnie wytłumaczę, na czym to polega. Całe zajmowanie się portretem polega na dialogu z osobą, która konfrontuje się z czymś dla niej nowym. Dlatego jeśli ja nie wiem, jak działają media, nie mam problemu, żeby poprosić kogoś o pomoc.

Myślę, że podróże otworzyły ci umysł i dzięki nim masz inny stosunek do „zawodu” Artyści za granicą mają chyba bardziej biznesowo podchodzą do relacji z klientem.
Przede wszystkim próbuję nawiązać dialog z osobami, które chcą oglądać moje obrazy. To jest chyba niezwykłe wśród artystów. Obecnie, kiedy widzę obrazy czy instalacje, to wszystkie są monologiem, i to stosunkowo agresywnym, takim, który nie szanuje mnie jako jednostki, nie komunikuje się ze mną, tylko hasłami mi coś wmusza. A ja chcę usłyszeć, co osoby, które oglądają moje prace, mają do powiedzenia, więc muszę do nich dotrzeć. A prasa, radio czy telewizja może mi w tym pomóc.

Powiedziałeś, że twoje dyptyki nabiorą ostatecznego sensu poprzez interakcję z widzem, jego wrażliwością. Czy to znaczy, że dopuszczasz wielość interpretacji?
W kontekście tej wystawy bardzo często pojawia się hasło, że obrazy wymykają się z ram. To jest taki symbol wielości kontekstów. Malarstwo figuratywne, klasyczne, jest podporządkowane przeszłości, mimo to dla mnie jest jak najbardziej współczesne. To jest wręcz kierunek, który widzę w sztuce. Wcześniejsze stulecia mają wiele do zaoferowania i powrót do ich języka jest dla mnie jak najbardziej naturalny. To jest język, który bierze pod uwagę odbiorcę i dopuszcza go do rozmowy.

Mieszkałeś dużo za granicą, jakie widzisz różnice w środowisku artystycznym polskim i zagranicznym?
Mam stosunkowo mało styczności ze środowiskiem artystycznym, byłem długo w szkołach plastycznych, dlatego teraz obcowanie z amatorami bardzo mnie cieszy. Rozmawianie ze świetnym ekonomistą jest dla mnie bardziej stymulujące niż dyskusja z innym malarzem. W takiej hermetycznej rozmowie tracę kontakt z docelowym odbiorcą, a nie chcę malować dla profesorów ASP. Urodziłem się w środowisku amatorów i to środowisko odbiorców jak najbardziej mi odpowiada.

Częścią twojego najnowszego projektu jest współpraca z projektantką Joanną Hawrot. Skąd pomysł na przeniesienie obrazów na ubrania?
Pojawił się pomysł, oboje uznaliśmy, że jest to coś, co po raz kolejny buduje nowy kontekst. Wyobraziłem sobie, że jeśli ludzie zobaczą obrazy, które przejdą obok nich, spojrzą na nie trochę świeżej. Obraz olejny wiszący na ścianie jest czymś oczywistym i nikt nie zastanawia się nad tym, że jest to coś, co niesie ze sobą iluzje, jakieś treści. Jeśli to samo zostanie przeniesione na dyptyki, które nie są klasycznymi obrazami wiszącymi na ścianie, czy pojawi się przedrukowane w gazecie czy na sukience, to w moim odczuciu daje szansę na to, że ludzie zastanowią się nad tym jeszcze raz, że to wytrąci ich z tego stanu komfortu, zachęci, żeby redefiniowali definicję.

Jak wyglądała wasza współpraca? Wspólnie decydowaliście, które obrazy trafią na ubrania?
Dałem Joannie bardzo dużą swobodę działania, przekonała mnie swoimi projektami. Wybrałem kilka obrazów, które moim zdaniem tworzyły spójną całość z jej kreacjami, ale wybór, jak zakomponować który projekt zostawiłem jej.

Wielu malarzy uważa modę za coś gorszego, mówi, że nie jest sztuką. Ty tak nie sądzisz?
Dla mnie każda forma rzemiosła w pewnym momencie przeradza się w sztukę, pod warunkiem, że ktoś ma cierpliwość i zdolność dojścia do poziomu, w którym to zaczyna się wymykać ramom. Obraz olejny nie jest sztuką z tytułu wiszenia na ścianie. Najczęściej nią nie jest, jest dekoracją czy pewną stylizacją. Dzieła sztuki zdarzają się bardzo rzadko.

Związki mody ze sztuką dobitnie pokazuje przewodnik Louis Vuitton, w którym znalazła się singapurska galeria Sabiany Paoli, gdzie wystawione są twoje prace. Takie wyróżnienie na pewno powiększy grono twoich odbiorców. Kto teraz kupuje twoje obrazy?
To zależy od kraju, najczęściej są to osoby, które znam osobiście. Kolekcjonerzy z Singapuru, ludzie mieszkający we Włoszech, Anglii czy Polsce. W Polsce było to szczególnie ciekawe – studiując tutaj, uświadomiłem sobie bardzo szybko, że nie ma tu rynku sztuki, który mnie interesuje. A interesowało mnie kilka pojedynczych osób, które były zainteresowane moimi obrazami i wykazywały w tym dużą konsekwencję. Począwszy od nich, stworzyliśmy rodzaj małej społeczności wokół moich prac, co zaczęło powoli przypominać taki mini rynek sztuki. Myślałem, że jeśli sprawdzę się w tym mikroświecie, to później będę mógł wystawiać swoje prace na prawdziwym, mitycznym rynku sztuki. Okazało się, że nic takiego nie istnieje, bo klientami są zawsze pojedyncze osoby, prywatni kolekcjonerzy.

Patrząc na twoje osiągnięcia, można odnieść wrażenie, że jesteś bardziej znany na świecie niż w Polsce. Tak jest?
Nie jestem w stanie powiedzieć.


Pytam, bo światek sztuki w Polsce jest bardzo hermetyczny i niezbyt życzliwy młodym ludziom.
Tak, ale ja tak naprawdę nie mam z tym światem kontaktu. Są ludzie, którzy są zachwyceni moimi obrazami, opowiadają o nich swoim znajomym, dzięki czemu zostaję zaproszony na przyjęcie, na którym poznaję kolejnych klientów. Moje prace nie istnieją w oficjalnym obiegu galerii czy marszandów, szczególnie w Polsce, bo w Singapurze jestem reprezentowany przez marszandkę i klientów poznaję w bardziej oficjalny sposób, co nie zmienia faktu, że bardzo szybko przeradza się to w prywatną znajomość. Jeśli ktoś zainteresuje się moim obrazem, chce się ze mną spotkać, porozmawiać. Tak dzieje się szczególnie w Azji, gdzie zdobycie zaufania jest kluczowe.

Wystawa pojawi się w kilku miastach na świecie. To wielkie przedsięwzięcie i wielki sukces. To może mieć dwojaki efekt – może pomóc ci jeszcze bardziej rozwinąć skrzydła, a może też przytłoczyć. Jesteś gotowy się z tym zmierzyć?
Mam taką tendencję, że jeśli mogę przewidzieć efekt działania, to przestaje mnie ono interesować. Muszę mieć ten rodzaj adrenaliny i niepewności, więc wymyślam sobie coś szalenie karkołomnego i potem jakimś cudem udaje mi się to zrealizować. Myślę, że bez takiego szaleństwa i odwagi w podejmowaniu wyzwań nie byłbym tu, gdzie jestem. Rzucenie ASP wbrew profesorom i rodzinie, wyprowadzenie się do Wenecji bez jakiegokolwiek budżetu – to jest generalnie mocno nieodpowiedzialny pomysł.

To jaki masz następny karkołomny pomysł?
Otwieram wystawę w Warszawie, jestem bardzo ciekawy reakcji, bo skala tego przedsięwzięcia jest bardzo duża. Następnym przystankiem jest Nowy Jork, ostatnim będzie Singapur. Ale już powoli myślę o następnej wystawie. Pojawiają się propozycje z Florencji, Brukseli, ale ja chcę najpierw namalować w spokoju obrazy, chcę mieć coś do powiedzenia, żeby móc o tym rozmawiać. Potencjalny sukces wystawy w Warszawie czy Nowym Jorku nie przerodzi się błyskawicznie w kolejną. Najpierw będę musiał ją stworzyć.

Bez kategorii